Ed Palermo Big Band – The Great Un-American Songbook
Wojciech Sobczak-Wojeński wsimply@o2.pl
Cuneiform Records, 2017
Czas nowych muzycznych odkryć, gatunkowych rewolucji już najpewniej za nami. Zbiór dźwiękowych kombinacji przyjemnych dla ucha ludzkiego przypuszczalnie już dawno został wyczerpany, a poszczególne kluczowe muzyczne gatunki osiągnęły szczytowe stadia swojego rozwoju. Jeśli to prawda, to dziś jedynie nadzieja w przetwarzaniu zastałych elementów, w poszukiwaniu nowych połączeń, nadawaniu starym dźwiękom nowej jakości. Stąd rekonstrukcje, dekonstrukcje, intergatunkowe interpretacje, mniej lub bardziej wierne covery, sample, remixy, blendy / mash-upy i inne ciekawostki.
To, co dla muzycznych skrupulatów stanowi często gombrowiczowski gwałt przez uszy, dla innych pozostaje ekscytującym artystycznym eksperymentem, a niekiedy punktem zapalnym do zgłębiania nieprzetworzonych oryginałów. Kogo nie mierzi kolejne „bezczeszczenie” klasyków pokrytych szlachetną patyną, a w głębi duszy tęskni za dźwiękowym humorem spod znaku Franka Zappy, ten będzie ukontentowany omawianym tu podwójnym albumem, na który składają się cokolwiek ekscentryczne wersje kompozycji z okresu tak zwanej pierwszej (lata sześćdziesiąte) i drugiej (lata osiemdziesiąte) brytyjskiej inwazji, ale nie tylko – o czym później. Ekscentryczne, gdyż zaskakujące eklektyzmem, mocno oderwane od pierwotnych wykonań, balansujące na granicy kiczu, często wręcz pastiszowe, przesiąknięte purnonsensem, a jednocześnie kunsztownie, z biglem wykonane. Próżno tu opisywać poszczególne utwory, gdyż każdy z nich stanowi kulturowy hipertekst, więc dookreślę moją powyższą zgrubną anali
68| Płyty / Recenzje
zę pojedynczym przykładem Eleanor Rigby – zespołu The Beatles, rzecz jasna. Z tej urzekającej, onirycznej ballady ekipa szalonego (oceniając warstwę muzyczną, jak i wizualną wydawnictwa, nie mam co do tego wątpliwości) Eda Palermo czyni dźwiękowy łamaniec, w którym pojawiają się, jak ja to nazywam, galowe dęciaki (sztampowy styl kultywowany na każdej większej gali na świecie) z soulowymi fragmentami ŕ la Blood, Sweat & Tears, progrockowe zwroty akcji i na dobitkę jazzowe solo na skrzypcach. A wszystko to dzieje się w niecałe pięć minut! Tak per analogiam można by scharakteryzować znaczną większość materiału zawartego na The Great Un-American Songbook. Mój problem leży w tym, że jakkolwiek doceniam uwiecznioną tu frywolność interpretacji co poniektórych znanych mi kompozycji, tak po pewnej chwili tego szaleństwa paradoksalnie zaczynam się nudzić i / lub pozostaję w stanie przeładowania sensorycznego. Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że twórcy albumu postawili sobie za punkt honoru możliwie największe poszatkowanie styli
styczne proponowanej muzyki. No cóż, Amaroka (czy Państwo od jazzu wiecie, w czym rzecz?) pod tym względem nie przebijają i tak, a co więcej – zaryzykuję śmiałą tezę, iż amerykański big-band poszedł nawet nieco na łatwiznę. Otóż za materiał do wariacji posłużyły mu z gruntu rzeczy nieoczywiste pod względem melorytmicznym, czasami nawet skoligacone z jazzem i jazzowym pograniczem (Jethro Tull, Emerson Lake & Palmer, Procol Harum, King Crimson). Druga moja wątpliwość dotyczy rozminięcia konceptu albumu z finalnie wyselekcjonowaną bazą. Otóż Great American Songbook zawiera utwory kanoniczne. Nieamerykański, bo brytyjski songbook winien zaś zawierać współmiernie ważne kompozycje. Tymczasem z dorobku gigantów (a mam tu na myśli wspomnianych wyżej koryfeuszy symfonicznego rocka, Bitelsów, Stonesów i Creamów) powybierano piosenki, moim zdaniem, nie aż tak ważne. Inną sprawą pozostaje ogólna chaotyczność w zakresie doboru przypominanych artystów. Oprócz kilku, których nie stawiałbym jako symbol brytyjskich inwazji (już nie wspomnę,
JazzPRESS, kwiecień 2017 |69
ilu można by za taki przykład podać), w zestawie przewija się jeszcze punkowy Green Day i… Miles Davis – oba podmioty bynajmniej nigdy nie zagrożone otrzymaniem Orderu Imperium Brytyjskiego. Rozumiem jednak, że tytuł wydawnictwa to kolejny dowód na przekorność twórców, a w omawianym projekcie chodziło o różnorodność i, być może, niesztampowość. Przypadkiem lub nie, powstała płyta oddająca w znakomity sposób jankeskiego ducha. Pomieszanie różnych wpływów, bezkompromisowość, pewne nieumiarkowanie, pompa i kulturowa wolnoamerykanka. Dla nieznudzonych takimi odważnymi przeróbkami płyta będzie fajna. Dla trochę już znudzonych i rozkapryszonych będzie nieszkodliwą, nie wnoszącą nic wielkiego ciekawostką. Zaś dla tradycjonalistów, zwolenników wyłącznie oryginalnych „słowiczych języków w galarecie” i tym podobnych powodem do kwestionowania przytomności naszych sojuszników zza Oceanu. Tak, będąc jeszcze w lekkim audialnym szoku, acz z uśmiechem na ustach, nieco generalizuję, ocenę pozostawiając każdemu z Państwa.